Moim zdaniem: Tancerka

10 stycznia 2017

Z sali kinowej miałam wylecieć jak na skrzydłach i wpaść prosto w wir pracy nad zapisaniem się w kartach tanecznej historii. Zachęcona tematyką i rozpalona recenzjami nad filmem, nie mogłam się doczekać premiery. Wychodząc po głowie kołatała mi się myśl : A miało być tak pięknie.

Nie będę demonizować  – po odarciu filmu z tej biograficznej warstwy, mamy kawałek naprawdę niezłego, emocjonalnego kina. Piękne zdjęcia, niesamowite kostiumy, hipnotyzujące bohaterki, wciągająca, choć dość banalna historia. Ale…

Po pierwsze – znam postać Loie Fuller dość powierzchownie, ale kilka razy miałam ochotę wstać z fotela i zacząć krzyczeć „to nie było tak!”. Rozumiem, że fabularyzacja w biografiach to rzecz standardowa, ale tutaj momentami mamy do czynienia z napisaniem jej od nowa.

-Fuller, amerykanka z bogatego domu, obeznana z tańcem od najmłodszych lat ku aprobacie rodziców, szalenie kreatywna i pracowita, prekursorka tańca serpentynowego, podbija międzynarodowe sceny. Homoseksualistka, feministka, pewna siebie, ambitna.

-Filmowa Fuller, dziewczyna z dzikiego zachodu, nie mająca ze sceną najmniejszej styczności marzy o zostaniu gwiazdą. Kiedy źli ludzi zabijają jej ojca-alkoholika, wyjeżdża do matki, która ma tak złe skojarzenie z alkoholem że wstępuje to „Ligii Trzeźwości” i wole chwile spędza leżąc krzyżem. Tam próbuje zabłysnąć najpierw jako modelka, potem  aktorka, szczęśliwe na debiucie dostaje za dużą kiecę, więc obwija się w nią i kręci, wynajdując tym samym taniec serpentynowy. Nie znajdując zrozumienia na lokalnym rynku tanecznym, okrada bogatego kochanka i ucieka to rozpustnej europy. Tam robi mini pokaz na parkingu przed dyrektorem tamtejszego teatru, a stąd już prosta droga do Opery Paryskiej.

Może jestem drobiazgowa, ale gdyby ktoś zrobił to mojej biografii, z uporem maniaka straszyłabym go po nocach. Ale i tak mniej, niż  gdyby namalował mi taki obraz jak Isadorze Duncan.

Po drugie film ma jeszcze jedna sferę, która mnie drażni : erotyka. Nawet biorąc poprawkę na francuskie kino, sceny erotyczne biorą się z nikąd i do nikąd prowadzą, nie mają żadnego wpływu na obiór bohaterów ani na ich relacje między sobą. Nie mniej, to jeszcze bym zniosła. Nie zniosłam natomiast ilości spraw, które bohaterki załatwiają przez wpuszczanie albo odpowiednie odwlekanie wpuszczania delikwenta do swej komnaty.  Powiedzmy delikatnie, kontrakty i negocjacje w tej opowieści obywają się głównie w szpagacie. Walor edukacyjny średni, zwłaszcza jak na czasy emancypacji kobiet, palenia staników i walki o swoje prawa, których reprezentantką była sama Fuller.

Czy to jest zły film ? 

Nie! Mimo wszystko jest to pozycja warta obejrzenia, zwłaszcza jeżeli ograniczymy się do scen tanecznych – oszałamiające występy Loie, hipnotyzująca Isadora Duncan. Fantastycznie oddane cierpienie i poświęcenie Fuller dla tańca, jej oddanie, kosztem własnego zdrowia, szczęścia, komfortu. Walka, którą bohaterka cały czas toczy – ze sceptykami dla jej sztuki, z ówczesną technologią, z przypisywaniem sobie jej pomysłów, a co najgorsze : z tymi młodszymi, piękniejszymi, zdolniejszymi. Najmocniejszym punktem jest świetny, choć fikcyjny motyw konfliktu między Loie a Isadorą, starcia ciężkiej pracy z naturalnymi predyspozycjami i tym niezmaterializowanym „czymś”, co powoduje  że od jednego tancerza nie można oderwać wzroku, a drugi przechodzi przez scenę zupełnie niezauważony.

To właśnie ten wątek zadaje główne pytanie, z którym film zostawia widza :

Czy nie mając talentu, masz w świecie tańca w ogóle czego szukać?

  • Beata Kuczyńska

    Dziękuję Ci za tę recenzję 🙂 Nie znam historii Fuller, ale czytałam już kilka recenzji i dobrze jest porównać je z bardzo obiektywną i rzeczową recenzją. Powiem szczerze, że trochę osłabiłaś mój zapał, by wybrać się na ten film do kina 😉

  • Hanna Raszewska

    Dzień dobry, pozwolę sobie na uwagę do ostatniego akapitu: motyw konfliktu między Loie Fuller a Isadorą Duncan nie jest fikcyjny. Opisują go z różnych punktów widzenia obie artystki w swoich wspomnieniach. Wspomnienia Fuller noszą tytuł „Piętnaście lat mojego życia” (po francusku „Quinze ans de ma vie”, Paris 2016, o historii z Duncan pisze na stronach 160-166; po angielsku „Fifteen Years of a Dancer’s Life”, London 1913, s. 223-231). Duncan wspomina historię z Fuller w autobiografii „Moje życie” (przeł. Karol Bunsch, Kraków 1983), na stronach 103-107. Wersje obu autorek zestawia Peter Kurth w książce „Isadora Duncan” (przeł. Jan Kabat, Warszawa 2003). Pozdrawiam Hanna Raszewska