Chopiniana / Bolero / Chroma czyli dlaczego warto oglądać wieczory baletowe

14 grudnia 2016

Wieczory baletowe można porównać do maratonów filmowych. Plusy? Same. Przede wszystkim całkiem przypadkiem możemy trafić na pozycję, którą normalnie nie zainteresowalibyśmy się, dużo na tym tracąc. Po drugie, istnieje mała szansa, że chociaż jeden z proponowanych tytułów nie zdobędzie naszego serce. Po trzecie, nie musimy kilka razy przemierzać drogi z domu do opery w szpilkach. Tego rodzaju gale to też dobry pomysł, kiedy chcemy zaprosić na balet kogoś. kto nadal ma uprzedzania – krótka, urozmaicona forma na pewno go zachęci do dalszego odkrywania świata baletu.

Wieczór baletowy Chopiniana/Bolero/Chroma, którego premiera miała miejsca listopadowego wieczoru od dawna budził emocje. Czekając w operowej kawiarni, śledząc nad kawą opisy poszczególnych tytułów w programie, już założyłam, że wiem co mnie czeka i co będzie mi się podobać. Po spektaklu, ubierając płaszcz w holu podjęłam życiową decyzję, żeby niczego na litość boską nie zakładać, jeżeli nie wiem co mnie czeka.

Po samym spektaklu byłam tak zachwycona, że wszystko co miałam do powiedzenie komponowało się w pieśń pochwalną i wyznania kwalifikujące się na sądowy zakaz zbliżania do niektórych tancerzy. Przez kilka dni studziłam emocja, bo jeszcze nie przeliczyłam czy ze sceny do balkonu jest 50m. Bardzo bym chciała zachować się profesjonalnie, nie dawać ponosić emocją i przedstawić wam rzeczowy opis tego co odbywało się na scenie, ale po pierwsze – w internecie znajdziecie setki obiektywnych recenzji, po drugie, cytując Pinę Bausch ” w tańcu nie chodzi o to jak się poruszasz, tylko co Cię porusza.” A ja jestem całkowicie poruszona.

Zapraszam was na moją całkowicie subiektywną, kompletnie nieprofesjonalną i napisaną pod wpływem emocji relację ze spektaklu „Chopiniana, Bolero, Chorma”.

 

15540302_1248865025169636_512181630_o

Romantycznie: Chopiniana 

Coś dla tych, którym brakuje baletu w balecie. Już po pierwszym akcie, miałam poczucie pełnej satysfakcji : Chopiniana ma wszystko, czym można oczarować miłośnika baletu romantycznego : scenografie dawnego ogrodu rodem z Giselle , muzykę Chopina która przenosi nas do magicznego świata,  zespół baletowy w przepięknych paczkach, solistki unoszące się tuż nad sceną , zatopiony w swoich myślach Poeta. Zakochać się idzie. Nic nie poradzę.

Przed naszymi oczkami ukazują się cztery wariacje, pas de deux i dwa tańce zespołowe w choreografii Michaiła Fokina, w uszach rozbrzmiewają mazurki, walce i preludia. Ja raz zadawałam sobie czym bym sobie musiała zasłużyć, żebym po reinkarnacji mieć  w sobie tyle siły, wdzięku i prezycji co Yuka Ebihara, a raz próbowałam sobie przypomnieć, gdzie jest plakat z Maksimem Woitiulem wyrwany z magazynu „Dance”, który wisiał nad moim łóżkiem kiedy byłam nastolatką. Tak, dziewiętnaście to nadal „naście”.

 

Po pierwszym akcie, śledząc opisy pozostałych części miałam wrażenie, że najlepsze dzisiejszego wieczoru mam już za sobą. Każdy, kto zobaczył „Bolero”, jest w stanie wyobrazić sobie moją minę, kiedy zamknęła się kurtyna. Bo do „Bolero” można dostać gorączki.

15284926_10154792678575746_4441886601887069893_n

Energetycznie: Bolero

Bolero było dla mnie największym zaskoczeniem tego wieczoru, bo spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Mimo, że ta część spektaklu była wystawiana już wielokrotnie na europejskich scenach,  jakimś cudem nie udało mi się zetknąć z żadną interpretacją. Prawdopodobnie fatalnie to o mnie świadczy.

Najpierw jest dźwięk. Podstawą jest jeden, 18-taktowy temat, grany coraz głośniej kolejno przez różne instrumenty przy wtórze jednostajnego werbla. Najpierw na pierwszym planie, potem schodzą z fronu do akompaniamentu, tempo jest coraz szybsze. W finałowym momencie w naszych uszach gości 26 dzięków. 27, bo dołącza się też moje bijące w rytm muzyki serce.

Potem jest ruch. Choreografia Krzysztofa Pastora to zabawa symetrią, oszczędność formy oparta na ruchu tańca klasycznego. Na pierwszy plan, burząc schemat wysuwają się soliści – Chinara Alizade, nowa solistka i Paweł Koncewoj. Mocno, szybko, energatycznie, emocjonalnie. Ciężko było przeoczyć hiszpańskiego ducha unoszącego się nad sceną. Tło, w którego wariacje i choreografie grupowe wykonane w idealnym synchronie sprawiały, że widz nie wie czym się zachwycać, a do zachwytów prowokuje wszystko. Nawet światło, które jest odbiciem relacji głównych bohaterów i genialnie współgra z narastającym tempem muzyki czy fantastyczne kostiumy. Oszaleć można. Nic nie poradzę.

15419229_1248865128502959_1326775333_o

Minimalistycznie: Chroma 

Już na etapie informacji o choreografie serce zabiło mi mocniej – Wayne McGregor, późno związał swoje życie z tańcem, w zasadzie nigdy nie był tancerzem, a dzisiaj jest najważniejszym nazwiskiem współczesnej choreografii. Historia bardzo w moim typie. A potem zapaliło się światło.

Naszym oczą ukazuje się minimalizm w czystej formie – od białego, chłodnego światła, przez sprawiającą wrażenie pustej, jasną scenę, aż do kostiumów będących dla tancerzy drugą skórą. Dalej, po odarciu z emocji, myśli, historii – zostaje to, o co w tym wszystkim chodzi najbardziej: ruch. A w nim ciężko dopatrzeć się „prostej formy”, choć pozbawiony jest upiększania, balansujący na pograniczu klasyki i współczesności, ekspresyjny, naładowany emocjami, momentami akrobatyczny, na dodatek wykonany przez największe nazwiska Polskiego Baletu Narodowego: między innymi Magdalena Ciechowicz, Dagmara Dryl, Yuka Ebihara, Dawid Trzensimiech. Ciekawość – to uczucie dominowało w mojej głowie podczas „Chromy”, która z całego wieczoru trafiła do mnie najbardziej. Ponoć Wayne McGregor, ze swoim zamiłowaniem do specyficznej formy i łamaniem standardów jest albo kochany, albo nienawidzony. Ja zaliczam się do tej pierwszej grupy i zupełnie nie rozumiem tych drugich.

Czy warto? Tak! Nie wiem, czy wyjdziecie po tym wieczorze tak samo zachwyceni jak ja – poszczególne części są specyficzne, mają swój klimat, który pewnie zdobędzie zarówno swoich zwolenników jak i przeciwników. Jestem jednak przekonana, że nikt nie wyjdzie z Teatru Wielkiego – Opery Narodowej zawiedziony. Warto zmierzyć się z tymi tytułami chociażby po to, żeby zobaczyć taniec z trzech zupełnie innych storn. I przekonać się, że z każdej jest tak samo piękny.

 

 

Kolejne spektakle „Chopiniana/Bolero/Chroma” planowane są przez Teatr Wielki – Operę Narodową na luty/marzec 2017.

Autorem wszystkich zdjęć użytych we wpisie jest Ewa Krasucka.

  • Klaudia Jakubowicz

    A gdzież to takie wspaniałości – Warszawa? Gdybym mogła to chodziłabym ciągle na balet do Opery ale mieszkam w takim lekkim „zadupiu”, mamy tu jedynie transmisje na żywo z Bolszoj – chociaż dobre i to, bo ja w balecie się zakochałam nawet patrząc tylko w ekran 😉
    No i tak w ogóle to świetny wpis, na prawdę świetny 🙂 🙂

  • barbra

    ja byłam i drugim i trzecim aktem byłam tak samo zachwycona. Chopinmania była nie dla mnie, ale całość jest zaskakująco spójna i przemyślana i naprawdę tworzy całość, mimo, że każdy akt to osobny spektakl. Widziałam już trochę baletów, ale tu naprawdę emocje były większe niż zwykle.

  • Marta

    „Gdy Ci smutno, gdy Ci źle – White Pointe Shoes poczytaj se!”… Oto kwintesencja mojego dzisiejszego wieczoru 🙂