Moim Zdaniem: „Poskromienie Złośnicy” czyli dlaczego balet nie musi być nudny

10 kwietnia 2017

„I ty się na tym balecie nie nudzisz?”. Nie wiem, jakim trzeba być człowiekiem, żeby nudzić się na „Poskromieniu Złośnicy”, ale nie chciałabym takiego na swojej drodze spotkać. Jestem przekonana, że ten spektakl bawi, wzrusza i porusza nawet największego sceptyka tej sztuki. W Złośnicy po prostu nie sposób się nie zakochać. Dzisiaj zapraszam was na moje wrażenia z tego wydarzenia 🙂

 Fabuła 

Złośnica Katarzyna (Mai Kageyama) codziennie udowadnia, że zasługuje na swój tytuł uprzykrzając życie uroczej siostrze (Ewa Nowak) i balansującemu za granicy załamania nerwowego ojcu (Wojciech Ślęzak). Już w pierwszej scenie poszerza swoje złośnicowe sidła na adoratorów Bianki, którzy uparli się zdobywać  jej serce poprzez dzikie harce pod balkonem w środku nocy(to akurat rozumiem, sama mam młodszą i ładniejszą siostrę oraz regularną ochotę robić jej adoratorom gitarę na głowie). W cały ambaras wkracza ojciec dziewcząt, tłumacząc się, że ręce ma związane bo najpierw musi wydać za mąż starszą siostrę, a z powodu jej dość konfliktowego charakteru, delikatnie mówiąc, tłumu chętnych nie ma. Panowie po tak postawionej sprawie chcą młodą damę jakoś udobruchać, ale wychodzą z tych prób ze złamaniami, wstrząśniętym mózgiem i ogólnym poczuciem bezsensu. Jak łatwo się domyśleć, idą do karczmy.

W karczmie ich dekadenckie myśli przerywa pijany do nieprzytomności, holowany przez panny, które bynajmniej nie wracają z wieczornej mszy, Petruchio (Maksim Woitiul). Zanim chłopcy orientują się o co chodzi, nowy gość zostaje ograbiony przez owe damy ze spodni razem z portfelem oraz resztek godności i szuka ratunku. Przebiegli Adoratorzy już wytyczają sobie ścieżkę do serca Bianki po trupie Petruchio, któremu zamierzają mniej lub bardziej po dobroci, wcisnąć Złośnicę, obiecując obfity posag i biust. Bohater, słysząc to,  jest przeszczęśliwy….

….do momentu poznania przyszłej małżonki. Wtedy przeszczęśliwy jest już tylko ojciec, któremu zaświeciło się światełko w tunelu, że może jednak uda się starszą córkę wydać gdzieś i zaznać spokoju. No i oczywiście adoratorzy Bianki, którzy spokojnie mogę dostać piątkę za pracę w grupie bo mimo, że starają się o rękę jednej wybranki, ich współpraca układa się wspaniale. Gdyby zmienić ich na kobiety, prawdopodobnie już dawno skończyłoby się to wężem w bukiecie.

Petruchio zachwycony narzeczoną nie jest, ale szybko przypomina mu się, że jest bankrutem przychodzącym na zaręczyny w ciuchach kolegów, więc wybrzydzanie nie jest tu najrozsądniejszą opcją. Katarzyna jest zachwycona narzeczonym tak jak wszystkim innym na świecie – czyli wcale. Jednak oboje wykazują przerażające zamiłowanie do chodzenia pod prąd, więc do zaręcznych dochodzi.

O ślubie nie ma co za dużo mówić, bo jest standardowo i po naszemu. Pan młody przychodzi ze stosownym spóźnieniem, ewidentnie po kilku głębszych, a  w międzyczasie daje ojcu Pannie Młodej w łep. Sama zainteresowana uparcie twierdzi, że żadnego ślubu jednak nie będzie, ale koniec końców ślub jest. Dochodzi do kilku bijatyk między rodzinami obu storn, dużej ilości rozlanego wina i łez. W końcu Pan Młody porywa świeżo upieczoną żonę na konia w nadziei, że nauczy ją dobrych manier. Standard.

Noc poślubną spędzają w karczmie, gdzie Petruchio najpierw uczy obsługę jak ukochaną straszyć, potem nie pozwala jej jeść, a na końcu znika zostawiając ją w zimnym pokoju. Katarzyna dochodzi do wniosku, że czas się ogarnąć i pójść na współpracę, bo nowy mąż nie ma nic wspólnego z ojcem i na głowę mu nie wejdzie, a na domiar złego jest większym cwaniakiem od niej, także sporo może na tym stracić. Po wywieszeniu białej flagi Petruchio staje się najkochańszym mężem świata, co ostatecznie przekonuje Katarzynę, że opcja pokojowa jest lepsza. Przede wszystkim dla niej.

Zakochani udają się na ślub Bianki z Leucentio (Patryk Walczak), który podczas karnawału udowodnił, że pod nieskazitelnie uczesanymi włosami ma całkiem sprawny mózg, podstawiając w czasie szalonej zabawy konkurentom przebrane za Biankę panny z karczmy. Ci zlęknieni, że narzeczona dojdzie jednak do wniosku, że to bez sensu, rychło szukają księdza i żenią się. Tak kończy się opowieść o męskiej solidarności.

Przyjeżdżając na wesele, Katarzyna jest zdruzgotana skandalicznym zachowaniem siostry i Panien z karczmy w stosunku do swoich mężów. Petruchio, który z wdziękiem zamienia wady ukochanej w zalety, podpuszcza ją, żeby zrobiła z tym porządek. Ta, korzystając ze swoich ulubionych metod perswazji (czyli buntu i przemocy) udziela krótkiego kursu dla młodych żon. Dziewczyny, w lęku przed Katarzyną, poprawiają swoje zachowanie i zmieniają strategię na „uległa i posłuszna”. Mężowie oddychają z ulgą.

Katarzyna jest szczęśliwa. Petruchio jest dumny. Cała reszta weselników jest w głębokim szoku. Kurtyna.

Co było fajne ?

Pierwszy raz, to co tłukę debiutantom na operowym fotelu – czyli czytanie libretta, żeby potem nie bawić się równie dobrze jak na tureckim kazaniu – nie miało racji bytu. „Poskromienie Złośnicy” jest intuicyjnie we wprost pantomimiczny sposób, także pogubić się trudno, nawet jak się do końca nie kojarzy kim jest Shakespeare. Czego, oczywiście nie pochwalam.

Po drugie, wyrazistość postaci, potraktowana z dystansem, przymróżeniem oka, rozbawiająca do łez, żeby zaraz wzruszyć i przyprawić o głębszy oddech. Czy to uliczne dziewczyny, nie cofające się przed niczym żeby zarobić trochę grosza (tu przepiękna Dominika Krysztoforska), czy liryczna i delikatna Bianka(Ewa Nowak) z tłumem stających na głowie, często dosłownie, adoratorów, czy ojciec bohaterek ( Wojciech Ślęzak ), który uroczo nie radzi sobie z córkami. Wszyscy zapadający w głowę jeszcze na długo po opuszczeniu operowego fotela.

Po trzecie, gra aktorka głównych bohaterów – bo to, że Maksim Woitiul tańczy jak by był na baterie to wiedziałam od zawsze, to że skacze pod sufit i wisi w powietrzu  (zawsze wypatruje przywiązanej do niego liny), to że nigdy nie mogę policzyć ile zrobił piruetów, bo kręci je szybciej niż ja liczę, nie jest żadną nowością, ale talent aktorsko – komiczny to było coś zupełnie nowego. Na spektakl warto było wybrać się chociażby wyłącznie dla niego, bo Petruchio gra, tańczy i wygląda tak, że aż…. nieważne, jeżeli ktokolwiek powtórzy mu że tak powiedziałam, wyprę się wszystkiego.

I na deser Mai Kageyama, która czarowała. Złośnica, to chyba pierwsza główna partia, która naprawdę mam charakter, a nie jest naiwną dziewczyną zdaną na los (Kopciuszek, Śpiąca Królewna), czy tą biedną zdradzoną przed podłego kochanka (Jezioro Łabędzie, Bajadera). Katarzyna nie daje sobie podskakiwać i dokładnie wie czego chce. Mai Kageyama pokazała cały wachlarz jej humorów, nastrojów, od tej która była bardzo na nie, przez tą trochę na tak, aż do zakochanej i współpracującej.  Emocje, emocje, emocje.

Podsumowując : sceptycy, którzy przyszli ponarzekać, że ten cały balet smutny, ponury i o umieraniu, zdecydowanie wyjdą z tego wydarzenia całkowicie rozczarowani. „Poskromienie Złośnicy” swoją lekkością i dowcipnością zachwyci nawet największego ponuraka. Takich pozycji, warto szukać, jeżeli chcemy zarazić kogoś sympatią do baletu. Na pewno będzie chciał więcej.

Ja tam już nie mogę doczekać się następnego razu.

Autorką wszystkich zdjęć użytych we wpisie jest Ewa Krasucka.

  • Agata

    Byłam na Poskromieniu Złośnicy kilka dni po Tobie, zakochałam się! Balet tak zabawny (kocham tez mega smiesznego Don Kichota), co chwilę się śmiałam 😛 Uwielbiam moment rozbicia gitary (choć to gitara chyba nie była) na głowie adoratora Bianki ♡ Zgadzam się Maksim grał świetnie, tak jak w sumie wszycy 😀
    „Lisek” (😉) pozdrawia! 🙂

    • Oglądałam tą gitarę kiedyś i dalej nie wiem jak ona się rozbija – to się na pewno dzieje z narażeniem życia 😀

      • Agata

        Zdecydowanie! 😀 Gdzie ją oglądałaś?